niedziela, 4 września 2011

17.


f:ja

Była wycieczka, było gorąco. A gdzie to chyba widzicie. Choć nie tylko tam. Jeszcze bardziej gorąco, bo nie można zdjąć bluzy bo nie będzie pasować. Także spoko. Ale była też Hańcza, była też kąpiel. Także lepiej. Było też kłócenie się z kimś tam, że ja mam tyle lat, że na ulgowy zasługuję. Fchuy. Cały czas głodna, bo 5 godzin łażenia + zero śniadania, obiadu whatever. Tekst na angielski mam już prawie prawie. Jeszcze parę słów z translatora, choć korzystać z niego nie można, podobno. Podobno dziś też mija 6 miesięcy. Także sieeeema! Dużo to czasu, uzależniłam się już. Ty zresztą też. I pytanie dnia; czy to dobrze. Ale list śliczny, wgl. te pół roku śliczne. Yeh. Chcę coś do jedzenia, cokolwiek. Wczoraj Misiek o północy, że jest głodny, żebym mu dała pizzy. I wgl. jego teksty które interesujące były w chuy, za to inteligentne stopro. Nie nie odchudzam się, nie liczę kalorii. Łot? Poyebało stopro! Tak pozytywnie trochę nawet. Pytań na fs jest dużo dużo. A chęci na odpowiadanie mało mało. Szczególnie zadowolona jestem z faktu jutrzejszej chemii. Nic nie umiem no spoko. Nie będzie słodkich oczek M, o nie. Mam zamiar się uczyć. I może nawet dziś zacznę. Kogo oszukuję.. Dziś kurczak, yeh. Także obiadu rowniez nie zjem. Zostaje mi żyć o czekoladzie. Białej, bo tuskawkowej nie ma. Już nie. Dobra, zamykam picnik i inne gówna choć zdjęć z dziś dużo i trzeba coś z nimi zrobić. Ale dziś angielski chemia, a o 20:25 bagno. Rozlewisko znaczy się, ale osray też jest w plazie. Kombinujemy coś z bólem brzucha. I do koscioła po akt chrztu, yeh, ja nie pójdę no. Trzeba po to kogoś wysłać, heyh. Angielski angielski angielski... Co ja robiłam w wakacje... Dobra pytanie i tak nie napiszę większości, bo po yaaaaaay, po co jej wiedzieć.